Chmurki i inne (nie)zawodne bzdurki :)

Ostatnio sporo u mnie o porządkach w internetach, komputerach, smartfonach, organizacji, aplikacjach, bezpieczeństwie. Cóż, chyba jednak będzie wyłazić ze mnie to moje zawodowe „ja”, więc może nie ma się co przed tym bronić 😉 .

W moim przedostatnim wpisie No i nareszcie 🙂 jak zwykle przy okazji odpowiedzi na komentarz Sąsiadki zza blogowej miedzy Bożeny przyszła myśl do rozwinięcia w dłuższym wpisie:

(…)A co do kalendarzy i list kontaktów w chmurze, to przejechałam się na tym tyle razy, że dawno przestałam uważać to to za udogodnienie. Raczej w tym widzę solidną metodę na wyciąganie informacji. Też powróciłam do kalendarza papierowego. W ogóle wracam „do źródeł” w najróżniejszych tematach. (…)

Zawsze kochałam nowinki technologiczne, byłam gadżeciarą i chętnie testowałam wszystko co nowe. Taki typ ciekawskiej duszy 🙂 Zresztą, ci, którzy czytali mnie lata temu pewnie pamiętają 😉 . Technologia to wspaniała rzecz, o ile jest użyteczna i faktycznie wspiera to, co robimy. Dziś mam wrażenie, że świat poszedł o krok za daleko w nienajlepszą stronę, a urządzenia tupu smart i serwisy internetowe przestają być dla nas. Tak naprawdę to my jesteśmy dla nich.

Dziś jednym tapnięciem można „sprzedać” dane własne i wszystkich swoich znajomych, jakich mamy w kontaktach korporacjom, które potem z tymi danymi robią różne rzeczy, ze sprzedażą innym korporacjom włącznie. W kieszeni nosimy takiego niewielkiego przyjaciela, który potrafi skrzętnie śledzić nasze poczynania, miejsca, w których bywamy, ludzi, z którymi się kontaktujemy, nasze nawyki, preferencje, styl życia, z kim i jakie tematy jakie poruszamy „na priva”. Aplikacje już od dawna odczytują teksty jakie widnieją na naszych zdjęciach w komórce, analizują nasz i naszych znajomych wizerunek, okoliczności, w jakich robimy zdjęcia komórką.

Dziś powstają już aplikacje, które szacują z wysokim prawdopodobieństwem, czy ktoś jest introwertykiem, ekstrawertykiem, osobą homoseksualną, czy nawet osobą mogącą popełnić przestępstwo. Tworzone już są też takie algorytmy, które będą miały za zadanie szacować, czy delikwent w życiu prowadzi się na tyle dobrze, by móc go ubezpieczyć na życie albo przyznać mu kredyt, czy może lepiej nie, bo np. istnieje duże prawdopodobieństwo, że zachoruje albo padnie przed czasem 😉 .

Wchodzisz ze smartfonem w kieszeni do salonu swojej sieci komórkowej – w momencie otrzymujesz sms ze specjalną ofertą dla ciebie. Idziesz do Lidla czy innej Żabki, odbijasz apkę – i już tworzy się profil twoich nawyków żywieniowych. Twój sportowy zegarek łączy się z apką – i już wiadomo, czy się ruszasz, co robisz i czy twoje tętno wariowało ponad przeciętną, ile godzin śpisz. Możesz mieć wrażenie, że skoro to wszystko masz ustawione jako niepubliczne, to jest niepubliczne. No i jest…dopóki firma nie odsprzeda tych danych innym firmom, np. takim od ubezpieczeń i kredytów.

I wszystko fajnie, mamy coraz więcej możliwości, potrafimy coraz więcej, kwestia kto i jak to wykorzysta, czy mamy tego świadomość i czy nam to nie przeszkadza, jednak technologia ma jedną zasadniczą wadę: lubi wysiadać w sprawach podstawowych. Brak prądu, brak łączności, awaria systemu, błędy synchronizacji. I już zamiast wygody, nowoczesności i niezawodności mamy czarną, czarną d..ziurę 😀

Kalendarz i kontakty.

Przetestowałam sporo najróżniejszych platform i zawsze pojawia się problem z synchronizacją. Oraz formatem eksportu/importu między usługami. Ileż to razy przerabiałam znikające wpisy w chmurkowym kalendarzu (problem: synchronizacja), zero kontaktów na liście w smartfonie gdy akurat jesteś w terenie (problem: tymczasowy brak internetu), kasowanie kontaktów wpisanych w smartfonie (problem: synchronizacja tylko w stronę chmura->smartfon), kasowanie całych kalendarzy, przypomnień (problem: synchronizacja), brak dostępu do danych (problemy z hierarchią kont do synchronizacji w smartfonie przy chwilowej niedostępności konta), podbieranie list kontaktów i kalendarzy przez konto jednej usługi z innej usługi.

Teraz na dobre powróciłam do papierowego kalendarza. Co wpisane, to wpisane. O kalendarzu już wspominałam, że mój ulubiony to akademicki z układem po lewej 7 dni tygodnia, po prawej cała strona na notatki. Dodatkowo, u mnie rządzi wielokolorowy długopis. Używa ktoś jeszcze takich długopisów jak kiedyś 4 kolory w 1? Uwielbiam je. A jeszcze zeszłej jesieni dopadłam w Biedronce taki wypasiony 7 kolorów w 1! Od razu kupiłam dwa 😀 . Namiętnie zmieniam kolorki podczas wpisywania w kalendarz, by sobie ułatwić szybki wgląd w sytuejszyn 🙂 . Zwykle przed nowym tygodniem siadam i z papierowego kalendarza wklepuję w telefon przypominajki. Pamięć dobra, ale krótka, poczucie czasu też się gubi. Już jednak pilnuję, by te wpisy były zapisywane w pamięć telefonu, nie w któreś konto chmury.

Z kontaktami w ogóle zrobiłam porządek. Po co mi w telefonie prywatnym lista ponad 150 kontaktów? Nad tym się zupełnie nie panuje. No dobra, powiedzmy, że trzeba mieć tych, z którymi się kontaktujemy stale, usługodawców, instytucje i ew. tych, których chcemy rozpoznawać by nie odebrać 😉 (lub zablokować, jeśli system pozwala na taką fanaberię) i finito. Tego na pewno nie ma ponad 150. Z tego nie korzystasz Ty, tylko…no właśnie: na pewno wszędobylskie Google i usługi społecznościowe (i nie tylko), które tak chętnie wołają o dostęp do listy kontaktów, plus inne apki, które masz poinstalowane i którym się udzieliło takiego dostępu (oczywiście zawsze w słusznej sprawie i usprawiedliwionych przyczyn 😉 ). Uznałam, że skoro chmurka jest zawodna w trzymaniu potrzebnych mi informacji w kupie, to takich informaji nie dostanie wcale 😀 . Bunt 😉 . Dziś mam listę kontaktów w zwykłym arkuszu kalkulacyjnym. Kopię przechowuję w dwóch szyfrowanych lokalizacjach. Acz…zaczynam się zastanawiać, czy dawna idea papierowego skoroszytu z kontaktami nie była całkiem przyzwoitą ideą…? Właśnie rozważam opcię stworzenia takowego, eleganckiego 😉 .

Dziennik osobisty

Niecały miesiąc temu postanowiłam spróbować na nowo prowadzić dziennik pisany odręcznie. Taki tylko mój. Muszę przyznać, że czuję się z tym całkiem dobrze i nawet dość szybko przywykłam do pamiętania by go zabierać ze sobą i spisywać to, co mi przyjdzie do głowy, co jest dla mnie ważne, lecz zbyt prywatne i od serca, by stosować inne formy zapisu. Jednak pismo odręczne to zupełnie inne doznanie niż klepanie po klawiaturze. Pisząc odręcznie, można sobie płynąć przez myśli. Cóż…jestem z tego pokolenia, dla którego pisanie odręczne jest najbardziej naturalne i automatyczne. Czasem mnie tylko drażnią długopisy ślizgające się po kartce zamiast pisać. Ciekawe, czy wieczne pióro też by miało taki problem?

Smartfon

To bardzo pożyteczne ustrojstwo. Lecz lepiej dla użytkownika gdy pilnuje tego, jakie konta z nim podpina, ile i jakich danych ze sobą nosi, jakie aplikacje w nim instaluje i jakie im nadaje uprawnienia. No i…czy dostatecznie często robi backup.

Wiem wiem, teraz backup bardzo chętnie zrobi dla Ciebie u siebie na serwerze jakieś Google czy Microsoft, ale ja wolę by takich rzeczy mi nie załatwiały chmurki. Diabli wiedzą, gdzie to za chwilę wypłynie gdy administrator danych nagle zmieni zasady prywatności i – ups! Ojej…wczoraj tu była opcja chroniona? No to od dziś są inne zasady 😉 . Ale ci o nich raczej nie opowiemy z detalami, tylko wrzucimy gdzieś małym druczkiem. Się nie zorientujesz – twoja strata. Kup sobie szklaną kulę i czarnego kota 😀

O wielkim bracie który patrzy pisałam wyzej. Natomiast aplikacje, zarówno społecznościowe, jak i narzędziowe, zwłaszcza te bezpłatne, są tworzone tylko w jednym celu. Nie, nie po to by zrobić coś dobrego dla ludzkości, dla ciebie. Po to by się albo podpiąć do twoich danych, albo by wymusić stworzenie u nich konta, gdzie podasz swoje dane przy rejestracji, po czym będą tam wpływać wszystkie informacje jakie wklepiesz w daną aplikację. O przyzwoitym imporcie/eksporcie danych bez płatnego konta zapomnij. Bez rejestracji – zapomnij o jakimkolwiek zrzucie danych tak, by się nadawały do dalszego wykorzystania bez aplikacji. Módl się, by aplikacja nie zakończyła swojego istnienia 😉 . Społecznościówki to osobne zagadnienie. One zawsze są darmowe. Tylko że, jak już wiadomo, jeśli jakiś produkt jest darmowy, to znaczy, że Ty jesteś produktem. Zauważyliście, że w serwisach społecznościowych użytkownik nie ma możliwości skontaktowania się z żywym supportem? No właśnie…kto by chciał dyskutować z produktem? 😉

Ze dwa tygodnie temu mój cudowny smartfon nagle zaczął się zachowywać nieracjonalnie. Był kompletnie nie do ogarnięcia, nie można był zrobić z nim nic. Na nim zdjęcia i filmiki z ostatnich tygodni, które akurat dla mnie miały pewną wartość sentymentalną. Oraz ze dwie pomocnicze aplikacji narzędziowe z notatkami, których nie miałam nigdzie zdublowanych. Mało tego było, ale jednak upierdliwość to odtwarzać z głowy. I ta myśl: „no tak, skończył właśnie dwa lata, czas się zepsuć”. Szczęśliwie to był fałszywy alarm. Róbmy backupy, bo nie znamy dnia ani godziny, ale generalnie tak w okolicy końca gwarancji na pewno 😀

Telefon

Zdecydowanie do tej funkcji wolę zwykłe telefony „do dzwonienia”. Takie łopatologiczne, z przyciskami. Chętnie po nie sięgam w różnych sytuacjach, oddzielam funkcje telefonu od internetowych, mogę nosić w małej kieszonce, mogę odebrać w rękawiczce i niekoniecznie nosem, mogę zabrać tam, gdzie istnieje ryzyko zniszczenia, mogę nie martwić się baterią. Kłopot zawsze był taki, że jakość rozmów w starszych modelach komórek jest kiepska. Ale w sumie…minimalizm w rozmowach zamiast wiszenia na telefonie bo „do wszystkich za darmo”? – Może to jest jakaś opcja? 🙂

Zdjęcia

Lubię fotografować. To jedno z moich zainteresowań. Lubię też po każdym roku wyjąć kilka(naście) zdjęć do druku. Lubię je wstawić w ramki by cieszyć się ich widokiem i wspominać. Osobna kwestia…raczej pożar lub zalanie pod sufit albo wystąpienie kataklizmu jest mniej prawdopodobne niż zgon dysku z nawet z terabajtami zdjęć 😉 Ważne wspomnienia trzymam, podobnie jak zarchiwizowane w postaci cyfrowej dokumenty, w dwóch szyfrowanych lokalizacjach.

Tak na zakończenie jeszcze jedna ciekawostka – anegdotka odnośnie fejsbunia, sytuacja z życia wzięta. Było sobie konto prywatne. Na prywatnym koncie użytkownik prosi o wygenerowanie kopii zapasowej swoich danych. No ma prawo. Pech chce, by fejs akurat zapragnął zrobić kontrolę czy to prawdziwy użytkownik, no bo prawdziwi użytkownicy nie proszą o kopię danych. Więc oflagowuje czynność jako nietypową. Blokuje konto jako publicznie widoczne. Użytkownikowi daje do wykonania jedno z dwóch wylosowanych prze system zadań, by udowodnić własność konta:

1. Masz tu trzy zdjęcia profilowe twoich kontaktów fejsbukowych, wybranych losowo. Pójdź, skontaktuj się z nimi poza fejsem i skłoń by zgodnie przeprowadzili działania potwierdzające, że Ty to Ty.
2. Wyślij nam swój dokument tożsamości.

Morał z historii: nim wpuścisz kogoś nieznajomego, z kim nie masz kontaktu do swojej listy znajomych, zastanów się dwa razy. Fejs może kiedyś zechcieć, by to właśnie takie obce osoby potwierdzały, że jesteś sobą 😀

A skoro jesteśmy przy ciekawostkach, czy wiesz, że…
Gdy ustawisz sobie WhatsApp na określony nr tel w smartfonie, apka będzie normalnie działała po wyjęciu karty SIM z owym numerem telefonu ze smartfona?

Jeżu kolczasty, alem natworzyła 😀

Miłego dnia 🙂

Reklama

6 myśli na temat “Chmurki i inne (nie)zawodne bzdurki :)

  1. A mnie się podoba ten wpis i to bardzo. Bo naprawdę zbyt rzadko większość z nas się zastanawia nad uprawnieniami, których udziela aplikacjom (sama nie jestem aż tak ostrożna).
    Niestety nie potrafię notować w pisanych kalendarzach, chociaż lubię je mieć…
    Też jestem gadżeciarą i lubię wszystkie takie zabawki i chętnie z nich korzystam. Większą radość daje mi kupienie sobie nowego smartfona niż ciucha. 🙂
    Oraz również ostatnio znowu (bo wracam do tego co i rusz) stosuję dziennik prywatny pisany odręcznie :), problem w tym, że strasznie bazgrzę, więc czasem nawet i ja mam problem z odczytaniem potem siebie. Ale to nie zmienia faktu, że pewnych notatek nie chciałabym prowadzić nigdzie w formie elektronicznej. Masz rację.
    I tak nas podsłuchują i reklamy dodawane są na podstawie odbytej rozmowy, wyszukiwania itd.
    Nie wiem, czy w ogóle mamy jeszcze szansę ochronić się przed powszechną inwigilacją. Chyba to niemożliwe. 🙂 Jedyne, co nas chroni to to, że ja, a może i ty, jesteśmy mało ważne strategicznie. 🙂 Czyli np. nie opłaca się nas obserwować, więc nie ma konieczności zaklejania kamerki… A może jest?

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mistrzostwo świata – pisać dziennik i nie móc się po sobie doczytać 😀 you made my day 😀 😀 😀
      Co do tych kamerek, to choć daleko mi do paranoi, to czasem tak spoglądam na nie podejrzliwie. Zwłaszcza, że wiem, iż niektóre aplikacje bez naszej wiedzy i zgody mogą robić zrzuty otoczenia, w którym znajduje się użytkownik. Nie tak dawno była afera z udziałem pewnego znanego klubu piłkarskiego i ich aplikacji, która uczyniła z użytkowników szpiegów instytucji pilnującej opłat za emisje meczy w lokalach. Bezwiednie przyczynili się do wlepienia kar właścicielom tych lokali, gdzie opłaty nie zostały uiszczone… Tak że tego… Ja tam nie wiem, ale smartfona do łazienki bym nie zabrała hihihi…

      Polubienie

  2. Aleś natworzyła 😀 Szczególnie wpadło mi w oczy jedno stwierdzenie:”jestem z tego pokolenia, dla którego pisanie odręczne jest najbardziej naturalne i automatyczne”. Kiedy prowadziłam pierwsze dzienniki, kalendarze, nikt jeszcze nie myślał, że kiedyś spadnie na nas ta cała technologia, mnogość form do wyboru, pełna automatyzacja. Tak naprawdę internet zawitał u mnie na dobre w… 2009 r.(???). Do tego czasu pisanie było dla mnie jak oddech. Ale net stał się ogólnodostępny i na początku zachłysnęłam się nim i próbowałam wszystkiego, zakładałam konta, gdzie tylko się dało, by na końcu, tj. w ostatnich kilku latach, dojść do wniosku, że tak naprawdę, ogarnianie tego zabiera mi dużo czasu i energii. To wtedy rzuciłam na półtora roku bloga i zaczęłam maksymalnie upraszczać swoje życie. Teraz znowu wolę zwyczajny /niezwyczajny kalendarz, mam też dziennik, gdzie zapisuję swoje osobiste „modlitwy”, tworzone w zależności od potrzeb. prowadzę też swój „przepiśnik”, z ulubionym jedzonkiem, żeby zawsze był pod ręką. To jeszcze nie wszystko, ale kończę, bo nie chcę by mój komentarz stał się dłuższy od Twego wpisu.

    Polubione przez 1 osoba

    1. To prawda, zadziwiające jak wiele się zmieniło od tamtych czasów. U mnie stałe łącze zawitało w 2001 roku. Utonęłam w wirtualu zarówno zawodowo, jak i prywatnie – a potem prywatnie przekładało się na wiedzę w życiu zawodowym no i tak to się zazębiało. Niby wszystkie te ustrojstwa miały nam oszczędzać czas, ułatwiać życie, być czymś bardziej pewnym i niezawodnym niż rozwiązania analogowe – ale efekt jest mam wrażenie dokładnie odwrotny. Zabiera to masę czasu, nerwów, zarzuca nas śmieciowymi danymi, a niezawodność można sobie włożyć między bajki. No bo, tak po prawdzie, kto normalny ma w domu serwerownię z automatyzacją backupów i bawi się w speca od sieci i zabezpieczeń? 😉 No chyba promil ludzkości. A z drugiej strony – jak często zdarza się pożar albo powódź? Noooo raczej dużo rzadziej, niż awaria sprzętu zaprogramowanego na krótki żywot. W naszej długości i szerokości geograficznej żywioł to wydarzenie z gatunku niecodziennych. Awarie natomiast to smutna codzienność. Podobnie jak Ty miałam całą masę kont wszędzie. Także ze względu na różnorakie projekty przez siebie prowadzone. Teraz sprzątam to wszystko i konsoliduję …i mam wrażenie że to robota bezendu ;). Ale już prawie 🙂 Lubię zamykać za sobą drzwi i nie mieć swoich danych porozrzucanych nie-wiadomo-gdzie, więc cóż począć, trzeba się poświęcić 😉

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s